Mój Nazaret... w Krakowie

15-03-2017

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. Łk 2, 39-40
Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: "Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu".  Rzekł do niego Natanael: "Czyż może być co dobrego z Nazaretu?"  J 1, 45-46
Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: "Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski". Jn 19,19

 

Nazaret był obecny w życiu Jezusa od dzieciństwa aż do śmierci. Czytając Ewangelie  widzimy, że ludzie wiązali Jezusa z Jego miejscowością cały czas, nawet w swojej śmierci na krzyżu był „Jezusem Nazarejczykiem”.  Jezus spędził w Nazarecie większą część swojego życia ziemskiego, aż 30 lat… To życie w tej mieścinie Go ukształtowało – rodzina, relacje, praca... A przede wszystkim to codzienność Nazaretu stała się miejscem spotkania z Bogiem Ojcem, o Którego nieskończonej miłości i miłosierdziu wyszedł głosić rzeszom spragnionym Słowa Bożego.
W jaki sposób ja rozpoznaję i spotykam Boga w moim Nazarecie, którym jest teraz Kraków? Jak wygląda moja codzienność , w której uczę się Go szukać , słuchać, naśladować…?

Większą część dnia, bo aż 8 godz. dziennie, spędzam w pracy. Pracuję już tam 7 miesięcy. Znalazłam ją w 15 min przez Internet, od razu na drugi dzień przyszłam na dzień próbny i już zostałam. Od samego początku czułam, że jest to miejsce, które Pan dla mnie przygotował na ten czas w moim życiu, jakim jest drugi rok nowicjatu.
Pracuję na „obieraku”, który znajduje się na kuchni centralnej jednej z sieci restauracyjnej. Na samej kuchni znajduje się pierogarnia, ciastkarnia, lodziarnia, oraz pracuje tam kilku kucharzy, którzy przygotowują dania na catering. Sam obierak znajduje się w dwóch małych pomieszczeniach, które właściwie były przeznaczone na początku tylko na magazyn, jednak na drodze rozwoju firmy pracuje tam już około 30 osób i to w bardzo prostych warunkach. Obecnie większą część mojej ekipy stanowią ludzie z Ukrainy, którzy masowo przyjeżdżają teraz do Polski w poszukiwaniu pracy. Szczególnie w Krakowie bardzo często słyszy się język ukraiński. Nasza ekipa jest też bardzo zróżnicowana pod względem wieku. Pracujemy też od niedawna na 2 zmiany, dzienną i nocną po 10 godzin. Praca jest bardzo prosta – obieramy po prostu warzywa. Ziemniaki obiera maszyna, potem trzeba je wyoczkować ręcznie. Marchew, cebulę, buraki, seler obieramy tylko ręcznie. Obrane warzywa ważone są po 5 kg , wakowane w maszynie i odkładane do chłodni. Największy popyt jest na ziemniaki - obecnie jesteśmy w stanie przerobić koło 2 ton ziemniaków na zmianie.
Moje miejsce pracy wiele mnie uczy. Praca fizyczna uczy pokory, wymaga trudu. Po całym dniu przy ziemniakach człowiek jest spryskany skrobią z maszyny, brudny ziemią z worków, które trzeba wrzucać do bębna. Jest też satysfakcja, kiedy damy radę przygotować jakieś wielkie zamówienie. Kręgosłup boli czasem od stania, albo od siedzenia cały czas w jednej pozycji. Monotonia , która jest codziennością w tej pracy, gdy obiera się cały dzień ziemniaki, albo cebulę… może być przyjemna, wypełniona modlitwą, albo uciążliwa i pusta, drażniona hałasem z radia, rozmowami bez sensu.  Wiele uczę się też w relacjach z moimi kolegami z pracy. To przede wszystkim oni musieli mnie zaakceptować, poznać, oswoić się ze mną – nikt z nich nie pracował wcześniej z „siostrą”. Na początku zadawali bardzo wiele pytań co do naszego życia, powołania. Bardzo rozczulały mnie momenty, kiedy przychodził ktoś nowy albo padało pytanie, które już wcześniej ktoś zadał i zdarzało się, że ktoś z moich kolegów mnie ubiegał i odpowiadał za mnie. Wielu z moich kolegów nie jest za blisko z kościołem, ale to nie przeszkadza w tym, że to często w nich widzę twarz Jezusa, błysk Jego tęsknoty, miłości. Radością jest dla mnie takie proste przebywanie razem, kiedy każdy siedzi z workiem na śmieci na kolanach i obiera warzywa. Jesteśmy wtedy razem, w rozmowie i  milczeniu, dzieląc te same warunki pracy. Praca jest dla mnie też miejscem doświadczenia mojej własnej słabości, nie tylko tej fizycznej. Uczę się przyjmowania innych, nawet jeśli mnie ranią, nie potrafią mnie zrozumieć lub  nieświadomie dotykają moich ran z przeszłości. Uczę się przyjmować siebie… Bóg stawia mnie w tej pracy taką, jaka jestem i pragnie, abym była sobą, w słabości, kruchości, niedoskonałości. Jak w każdym miejscu pracy, też i u nas są konflikty, nieporozumienia.  Trudnym doświadczeniem było dla mnie odnalezienie się w grupie, która jest podzielona. Jak być ze wszystkimi, nie brać udziału w konflikcie, kiedy jest się ciągle w grupie i na małej przestrzeni? Dotykały mnie też bardzo momenty, kiedy doświadczałam razem z innymi niesprawiedliwości w firmie – często zdarzało się, że otrzymujemy duże zamówienia, zbyt duże na nasze moce przerobowe. Wtedy „trzeba” robić nadgodziny, żeby zrealizować zamówienie. Smuci mnie fakt, że w dzisiejszym świecie liczy się przede wszystkim biznes, a nie człowiek. Z drugiej strony zaś wdzięczna jestem za to, że przyjęto mnie do pracy tylko na etat, nie brano mnie pod uwagę też na zmianę nocną –  to wszystko ze względu na to, że jestem w zgromadzeniu,  abym mogła żyć życiem zakonnym , miała czas na Eucharystię i adorację każdego dnia.

W naszej wspólnocie nowohuckiej żyjemy we 4. Teresa Maria i Krysia Klara są tutaj najdłużej. Gdy zaczęłam moje życie w Krakowie, była z nami Gosia Marta, która została potem posłana na Filipiny. Od listopada jest z nami Krysia Ewa na miejsce Gosi. Teresa, która jest już na emeryturze, jest obecna w domu i troszczy się o naszych przyjaciół z sąsiedztwa. Krysia Klara od kilku lat pracuje jako dozorczyni na pobliskim osiedlu. Krysia Ewa od niedawna zmieniła swoją pracę – teraz pracuje na pół etatu w Dziele Ojca Pio, które zajmuje się we wszechstronny sposób pomocą osobom bezdomnym. Jej zadaniem jest praca w łaźni dla kobiet.
Moja wspólnota od początku była dla mnie wsparciem, miejscem odpoczynku i nabierania sił. Szczególnie w momencie rozpoczęcia pracy, kiedy wszystko było dla mnie nowe, kiedy zmęczenie dawało mi się we znaki, bo musiałam przestawić się na wstawanie o 4:30 rano. Doświadczyłam wiele troski ze strony moich sióstr. Przez to, że pracuję na cały etat, nie mam za dużo czasu na zrobienie czegoś w domu – jestem bardzo wdzięczna za to, że moje siostry wiele obowiązków biorą na siebie, szczególnie podczas przygotowań do świąt.  To, co bardzo spaja nasze życie razem, to wspólnie spędzany czas.  W naszym rytmie pracy mamy weekendy wolne – daje nam to możliwość bycia razem, spotkania się na dzielenie Ewangelią, na rewizję życia.
 Życie w małej wspólnocie jest wielką łaską, ale też zadaniem. Poznawanie siebie nawzajem, uczenie się siebie, jest procesem, nie przychodzi od razu. Również zmiana we wspólnocie zmienia oblicze wspólnoty – potrzeba zrobić w sobie miejsce, by przyjąć kogoś nowego. Życie we wspólnocie daje mi też okazję do poznania siebie – swoich mocnych i słabych stron. Ważnym doświadczeniem dla mnie jest przyjęcie samotności, której się doświadcza w życiu wspólnotowym. Bo wspólnota, choćby najlepsza, nigdy nie zapełni we mnie tej przestrzeni pustyni,  samotności, która jest miejscem na spotkanie z Panem.

Ze względu na to, że jestem zaangażowana na cały etat w pracy, mało mam okazji do spotykania naszych sąsiadów. Tutaj w Krakowie dość dużo czasu zajmuje nawiązywanie relacji z ludźmi. Sąsiedzi źle znoszą częste zmiany sióstr we wspólnocie. Jednak są osoby, które codziennie dzwonią do naszej wspólnoty, które odwiedzamy. Cieszy mnie bardzo znajomość z jedną rodziną romską. To było moje pierwsze tak bliskie spotkanie z ubogimi, którzy na co dzień żebrzą, a do nas wpadają na kawę i często dzielą się jeszcze tym, co otrzymują. Przyjmują wszystko z uśmiechem, nie zamartwiając się na zapas, co my byśmy czynili zapewne na ich miejscu. Wyzwaniem są też relacje z naszymi przyjaciółmi, którzy cierpią na choroby psychiczne. Tutaj uczę się jak wyznaczać granice, które dana osoba nie jest w stanie wyznaczyć sama. Radością dla mnie są też wizyty w zakładach karnych w Strzelcach Opolskich, które odwiedzamy z Krysią Klarą co jakiś czas. Zderzenie ze światem więźniów był dla mnie bardzo poruszający. Spotkanie z nimi, zobaczenie, gdzie żyją, zderzenie z ich cierpieniem w tym odizolowanym świecie jest bardzo mocne. Można naocznie zobaczyć w nich oblicze Chrystusa, który mówi o sobie : „byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” /Mt 25,36c/.

„CZYŻ MOŻE BYĆ CO DOBREGO Z NAZARETU?”

Nazaret sam w sobie nie jest niczym szczególnym. Wyjątkowość nadaje mu jedynie obecność Jezusa. To On nadał mu głęboki sens. Doświadczam właśnie tego w moim życiu codziennym w Krakowie. Czy w pracy, czy we wspólnocie, w spotkaniach z sąsiadami – to wszystko nie miałoby sensu bez tego spojrzenia wiary, którego uczy mnie Jezus. To On prowadzi mnie i kształtuje do spoglądania na te zwykłe codzienne sprawy Jego oczami, oczami miłości i wiary. To On pokazuje mi się w koleżance z pracy, która opowiada o swoim życiu, w naszym znajomym ze schizofrenią, który nas odwiedza, w naszym bracie więźniu, którego list znajduję w skrzynce. To On pokazuje mi źródło radości, która jest Jego darem, oraz tłumaczy znaczenie przykrości, które mnie spotykają.
To ukryta obecność Boga jest dobrem płynącym z Nazaretu dla tych, którzy potrafią tą Milczącą Obecność dostrzec…
mała siostra Justyna Sara

Skomentuj

Droga duchowa Karola

Znajdź to czego szukasz