Spotkanie szóste | OTO CZŁOWIEK

Spotkanie szóste | Oto Człowiek

Wielkopostne rekolekcje internetowe: "Spotkanie z Maryją w Wielkim Poście"

 

Spotkanie szóste | Oto Człowiek - pobierz pdf

Oto Człowiek

 

      Ostatnio byliśmy w Nazarecie, ale Przyszedł moment, w którym Jezus opuszcza Nazaret. Prawdopodobnie Józef już zmarł, bo nie ma o nim mowy. Jezus natomiast wyruszył, wraz z innymi do Jana Chrzciciela, a Maryja została. Nie była sama w Nazarecie. Miała rodzinę, siostry, krewnych. Zrozumiała chyba jednak, że nadeszła chwila, w której Jezus ma się objawić ludziom i rozpocząć swoją misję.
     Jezus przyjął chrzest od Jana. Wtedy to Bóg Ojciec powiedział: „oto mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Duch Święty spoczął na Jezusie. Potem Jezus oddalił się na pustynię, gdzie przebywał czterdzieści dni, i gdzie był kuszony.  Jezus coraz głębiej odkrywał obecność Ojca i w niej się zanurzał. Był tak wypełniony Ojcem i Duchem Świętym, że musiał iść sam na pustynię, by trwać w tej obecności i w niej się zatopić. Przez tych czterdzieści dni pościł i wiele się modlił. To była po prostu potrzeba miłości, potrzeba całkowitego oddania się Ojcu.. Jezus przygotowywał się do swojej misji. I był kuszony. Szatan proponował Mu różne możliwości. Ale Jezus z Nazaretu tego nie chciał, odrzucił wszystkie pokusy. Nie chciał się uciekać do proponowanych Mu  środków, takich jak wspaniałość, bogactwo... Wraca do ludzi jako zwykły, prosty człowiek, jako zwyczajny mieszkaniec Nazaretu, z pustymi rękoma, ale z sercem pełnym miłości Boga.
    Potem spotkał swych pierwszych uczniów i zaczął mówić o Królestwie Bożym. Na trzeci dzień po spotkaniu Natanaela było wesele w Kanie Galilejskiej.(J 2,1-11) Było to wielkie wydarzenie. Jezus był tam ze swymi  uczniami. Była też zaproszona Maryja. Było więc dużo osób,  wszyscy prawie byli zaproszeni, było mnóstwo rzeczy do jedzenia... bardzo dobrych, muzyka, tańce… Maryja przyglądała się. Była razem z kobietami. Patrzyła na swego Syna, który siedział po przeciwnej stronie, razem z przyjaciółmi. Wszystko było pięknie, jednak zauważyła, że coś jest nie tak, bo starosta jest zmartwiony, i wygląda na to, że może zabraknąć wina. Więc popatrzyła na swego Syna i powiedziała,  że nie mają już wina. Jezus spojrzał na Nią i odrzekł: czyż to Moja lub Twoja sprawa? A następnie dodał: Niewiasto, czyż jeszcze nie nadeszła godzina Moja? Maryja rozważała to wszystko, przyglądała się, słuchała, a w końcu powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. I wiecie, co się później stało...
       Maryja rozważając to wszystko i patrząc na Jezusa miała przeświadczenie, że nadeszła godzina, by Jezus objawił kim jest. To prawda, że słyszała stale w sercu Jego słowa: „Czyż nie wiecie, że powinienem być w tym, co należy do Mego Ojca”? Nosiła je w sercu i o nich pamiętała. Ale wiedziała też,  że ta  godzina przyniesie miecz, który przeniknie Jej serce. Była tego wszystkiego świadoma, a jednak powiedziała: zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. A Jezus, jak już o tym była mowa w Ewangelii, był im poddany... był Jej poddany...  Widzimy, jak  ta głęboka intuicja Maryi złączyła się z wolą Ojca. Maryja była u początku misji Jezusa. Ta obfitość wina przypomina to, co będzie później, z rozmnożeniem chleba. To, co będzie  później z Eucharystią, która zostanie ofiarowana wszystkim, nigdy jej nie zabraknie. Eucharystia zostanie ofiarowana ludziom na całym świecie... To już zaczynają się czasy mesjańskie. A jednocześnie jest to początek wstawienniczej misji Maryi, która chce nas prowadzić do Jezusa. Chce nam dać Jezusa.
      To był  początek działalności Jezusa  i Jego uczniowie uwierzyli w Niego. Jezus, mówiąc w Kanie do Maryi, powiedział do Niej Niewiasto... Jezus zwróci się tak do Maryi i pod krzyżem. Dla św. Jana te dwa momenty są ważne. W Kanie, u początku cudu jest Maryja. To Ona podejmuje decyzję, o rozpoczęciu misji Jezusa. Pod krzyżem także dokonuje się coś niezwykle ważnego, co dotyczy całej ludzkości. Jezus zwraca się tak do Maryi, bo nawiązuje do najgłębszego wymiaru Jej misji. Ona jest tą odwieczną Niewiastą, nową Ewą. Chodzi tu o całą tajemnicę Odkupienia, o misję Maryi i Jej miejsce w Historii Zbawienia.
      Maryja rozważała wszystkie te sprawy w swoim sercu. Pełna miłości do Boga, do Jezusa, do swego Syna. Ale to nie działo się bez cierpienia, bez ogołocenia. Niekiedy musiała się wiele zastanawiać, aby zrozumieć to, czego Bóg od Niej wymaga. Idziemy za Jezusem tą samą drogą co Matka Boża. Często gubimy się,  upadamy, grzeszymy, ale to wszystko pozwala nam z czasem lepiej rozumieć, czego Jezus  od nas oczekuje. A to warto zrozumieć. Tak więc idziemy dalej, z Maryją. Zdążamy do szczytu tej stromej drogi. Zdążamy na Golgotę. Jak Maryja przeżyła te trzy lata? Prawdopodobnie wiele czasu spędziła w Nazarecie, w otoczeniu rodziny. Wiele słyszała o Jezusie, i chyba też często była w drodze, by być bliżej Niego. Ona wiedziała, że czas, że godzina, o której Jezus mówił zbliża się, i że Jezus jest coraz bardziej zagrożony. Ona tego wszystkiego doświadczała i to rozumiała. Więc jesteśmy przekonani, że gdy Jezus zbliżał się do Jerozolimy, Ona też tam poszła, ze swymi krewnymi, ze swoją siostrą, bo wiedziała, że czas się wypełnia.
      Widzimy, że Maryja z Janem stała pod krzyżem. Przeżywała z Jezusem to wszystko, co określamy tajemnicami bolesnymi. Trwogę, cierpienie Jezusa, Getsemani... Biczowanie, Cierniem ukoronowanie i kiedy Piłat wskazał na Jezusa Oto Człowiek... Ona tam była, była w Jerozolimie. Odczuwała to wszystko, była z Synem całym sercem.. Już był ruch w Jerozolimie. Ona prawdopodobnie była tam wśród ludzi, wraz z Janem. Widziała. Był to ten miecz, który miał przeniknąć Jej serce… I Droga krzyżowa - tradycja mówi, że był moment, w którym Jezus i Maryja spotkali się twarzą w twarz... Znowu to wspólne spojrzenie... Ona to wszystko czuła, wszystko widziała, wszystkiego słuchała… i była pod krzyżem. Artyści przedstawiają Ją jako załamaną, omdlałą... Nie! według Ewangelii Maryja nie była omdlała, Ona była o wiele silniejsza. Stała… Patrzyła... I do końca uczestniczyła w męce Jezusa, w Jego misji. Takie było Jej powołanie.
      Czasami bardzo łatwo mówimy o krzyżu.  Z początku pierwsi chrześcijanie przez wieki nie ukazywali krzyża, nie mogli patrzeć na krzyż - to było za świeże. Dopiero później, kilka wieków później znowu ten znak krzyża był ukazany. Osobiście bardzo lubię  znak, który my nosimy: serce przebite krzyżem, krzyż z sercem pośrodku. Krzyż oraz znak miłości i tyle.
    Słuchamy radia, czytamy gazety, wiemy, że są wojny, że jest w świecie ogromne cierpienie, że niewinne dzieci są wykorzystywane dla prostytucji. To wszystko wiemy... wiadomości przez nas przepływają, jutro przyjdą nowe... W końcu się do tego przyzwyczajamy, bo taki jest świat, a my w nim żyjemy. Jesteśmy nawet oswojeni z  męką Jezusa. Z jednej strony z Jego cierpieniem, a z drugiej z tym, że Jego męka i śmierć to  tylko przejście do zmartwychwstania, że  to nie koniec. To  Pascha. Dla Jezusa była to droga do życia. Jezus teraz żyje. Jest z Ojcem i czeka na nas. Jesteśmy zaproszeni, by do Niego dołączyć, ale jesteśmy  do tego za bardzo przyzwyczajeni.
    Kiedy wstąpiłem do braci, nic nie wiedziałem o Świętach, nie miałem żadnego przygotowania. Przeżywaliśmy właśnie Wielki Tydzień. I pierwszy raz uczestniczyłem w Wielkim Tygodniu. W Wielki Czwartek przygotowałem Wieczernik, tak... Był pięknie przyozdobiony... Potem nadszedł Wielki Piątek. Była piękna liturgia. I jak wiecie, wówczas zostaje tylko krzyż, bo zdejmujemy wszystko… A odtąd aż do liturgii paschalnej, wszystko jest puste. Pierwszy raz to przeżywałem, i byłem tak poruszony, że zacząłem płakać.
    Jacques Maritain w książce ”Łaska i człowieczeństwo Jezusa” pisał o krzyżu:  Krzyż jest srogi. Okropnie srogi. Ze względu na naszą słabość jego srogość może dla nas pozostać  dłużej lub krócej zakryta. Lecz pewnego dnia musi się ujawnić. I wówczas nasz umysł nagle czuje się jak obłąkany. Takim, jaki jest, narzuca nam coś niedopuszczalnego. Jesteśmy zbyt powierzchowni, by wiedzieć, czym jest cierpienie innych. Dopiero, kiedy dotknie ono nas samych łuski spadają nam z oczu. Jeżeli  krzyż narzuca nam coś niedopuszczalnego, to dlatego, że najpierw ludzka wolność narzuciła Bogu coś nie do przyjęcia dla Boga. Grzech, to jest ból zadany Bogu. Bóg, by ukazać ludziom miłosierdzie i odkupić każdego z nas, posłał do nas swego Syna. Czy zatem zaakceptujemy to, co jest nie do zaakceptowania? To niemożliwe. Lecz adorujemy krzyż. Bo to jest święty krzyż. Bo podaje nam go wspaniała ręka. Bo otwiera nam Niebo, i pozwala cierpieć z Jezusem, i wraz z Nim nieść odkupienie braciom. Tak, to jest misterium krzyża, że nasza ludzka wrażliwość nie może zaakceptować krzyża. Jeśli mówimy, że akceptujemy, to znaczy, że nie wiemy, o co chodzi. Ale kochamy Jezusa. I ze względu na Jezusa, adorujemy krzyż. Bierzemy krzyż. Ale tylko ze względu na Jezusa. Aby tym żyć, trzeba najpierw kochać Jezusa.
Myślę, że są rzeczy, które mają nas poruszyć do głębi. To nie jest tylko sprawa wrażliwości. Są rzeczy, które dotykają głęboko naszego serca. Jeśli kochamy Jezusa i Maryję,  to wszystko, co Ich dotyczy, ma poruszać nasze serce, naszą istotę. Mamy tym żyć.