Brat Moris

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
03-05-2026

maurin mauriceMaurice Maurin (Moris)

Urodzony:23 października 1928 w Paryżu

Śluby zakonne:8 grudnia 1955

Śluby wieczyste: 15 września 1961

Święcenia kapłańskie: 11 czerwca 1973

 

Biografia  

Moris urodził się w Paryżu. Jego matka była paryżanką, a ojciec pochodził z południowo-wschodniej części Cévennes.

Lata spędzone w rodzinie jego dziadka na południu Francji wywarły głęboki wpływ na życie Morisa. Jego dziadek był człowiekiem bardzo dobrym i głęboko wierzącym. Tam właśnie Moris został ochrzczony – w bardzo pięknym małym romańskim kościele z XII wieku, położonym w górskiej miejscowości Lafigère. W jego młodości, naznaczonej rozstaniem rodziców, drugą wojną światową oraz problemami zdrowotnymi, osoba dziadka – górskiego rolnika o głębokiej wierze – odegrała dla niego bardzo ważną rolę.

W 1947 roku Moris rozpoczął pracę w Carpentras jako robotnik rolny. We wrześniu tego samego roku zmarł jego dziadek. Jak sam Moris mówił, zawalił się wtedy jeden z centralnych filarów jego życia i świata – ten, do którego zawsze mógł wracać.

Po tym wydarzeniu Moris wrócił do Paryża, gdzie mieszkała jego matka oraz liczni członkowie rodziny. Zamieszkał niedaleko swojego wujka, który prowadził kiosk z gazetami na placu Pigalle.

W październiku 1948 roku Moris został powołany na roczną służbę wojskową w Algierii.

Po powrocie do Paryża podjął na nowo pracę, a także zmienił mieszkanie, aby być bliżej swojej matki.

W 1952 roku Moris przeżył nawrócenie na drodze do Chartres. Opuścił wtedy Paryż i przeniósł się do Nîmes, w pobliżu miejsca, gdzie mieszkał jego ojciec.

W tym czasie zaczął nawiązywać kontakt z trapistami z opactwa Notre-Dame des Neiges. W 1953 roku wstąpił tam. Jednak dzięki rozmowom z innym kandydatem do klasztoru nawiązał kontakt z Małymi Braćmi Jezusa.

W pierwszych dniach grudnia 1953 roku przybył do Berre.

Po dość długim pobycie zdecydował się zostać Małym Bratem. Postulat odbył w Saint-Gildas.

W listopadzie 1954 roku przybył do El Abiodh, a 8 grudnia rozpoczął nowicjat. Po roku złożył pierwsze śluby.

Następnie spędził sześć miesięcy w Saint-Maximin. Po kilku miesiącach nauki języka arabskiego w Algierze dołączył do wspólnoty w Casablance w Maroku.

W 1958 roku rozpoczął studia filozoficzne w Annemasse, a następnie kontynuował studia teologiczne w Tuluzie.

15 września 1961 roku, wraz z kilkunastoma innymi braćmi, złożył śluby wieczyste w Farlete.

Moris pozostał jeszcze przez trzy lata w Tuluzie jako jeden z odpowiedzialnych „w terenie”.

W 1966 roku podczas kapituły generalnej w Tuluzie został wybrany jednym z asystentów.

W 1970 roku został również odpowiedzialnym za wspólnotę w Annemasse.

Od tego czasu Moris zaczął podróżować na Węgry – najpierw, aby nawiązać kontakt z tajną wspólnotą żeńską, a następnie z Joszką, kapłanem, który później został Małym Bratem.

W 1973 roku Moris przyjął święcenia kapłańskie.

W sierpniu 1978 roku po raz pierwszy przybył do Polski, do Krakowa, aby odwiedzić pierwszą wspólnotę, w której mieszkał wówczas Roman – jeden z pierwszych polskich braci. Ponieważ Roman odbył nowicjat w Annemasse razem z Morisem rok wcześniej, to właśnie on zaprosił go do Polski.

Po odbyciu roku pustyni Moris rozpoczął na kilka lat posługę we wspólnocie przy ulicy Pierre-Leroux w Paryżu. Od tego czasu zaczął regularnie odwiedzać Polskę, aby pomagać młodym braciom, którzy tam żyli.

Od 1991 roku, w wieku 62 lat, Moris zamieszkał w Polsce. Ten kraj stał się jego własnym: nauczył się jego języka, choć trudnego, a polscy bracia stali się jego braćmi. Posunął się nawet do tego, że wystąpił o polskie obywatelstwo.

Moris zmarł w 2018 roku, dożywszy prawie dziewięćdziesięciu lat.


 

Fragmenty diarów Morisa

 

P1040587

 

09/1958 – Casablanca

Właśnie mijają dwa lata odkąd jestem w Maroku, pracując w przychodni, w której teraz zastępuje mnie Daoud; jest to duży ośrodek (największa przychodnia w Casablance), gdzie leczy się oczy, nos, gardło i uszy; choroby oczne, zwłaszcza trachoma, są plagą Afryki Północnej. Oddziałem kieruje doświadczona i zaangażowana pielęgniarka (Francuzka); jest tam również 5 lub 4 pielęgniarzy i dwie pielęgniarki, wszyscy Marokańczycy, to dobra i sympatyczna ekipa, z której większość to moi bliscy przyjaciele; te osoby zostały zatrudnione kilka lat temu jako pracownicy fizyczni, teraz świadczą opiekę medyczną, wykonują zastrzyki, zastępując Europejczyków, którzy odeszli; choć mają stanowiska, niekoniecznie posiadają odpowiednie umiejętności, większość z nich nie potrafi czytać ani pisać, co czasem utrudnia prawidłowe wykonanie leczenia; jest to jedna z trudności w tym oddziale i w ogóle w służbie zdrowia w Maroku; inną trudnością jest zbyt duży napływ chorych, około tysiąca dziennie, panuje tam atmosfera targu; trzeba czekać kilka godzin w kolejce, aby wejść, wszystko po to, by dostać kilka kropli do oczu lub nosa, które z powodu tłoku mogą spaść obok. W naszym słownictwie mówimy o "przepuszczaniu" ludzi, a nie o "leczeniu"; w rzeczywistości ważne jest, aby przepuścić wszystkich, którzy się zgłaszają. Praca, którą wykonywałem i którą kontynuuje Daoud, polega na przyjmowaniu chorych, zadawaniu im pytań i szybkim badaniu, zapisywaniu na kartce odpowiednich leków, a następnie kierowaniu przypadków niegroźnych do sali lekarskiej, gdzie pracują marokańscy pielęgniarze, przypadków ciężkich do pielęgniarki, a tych, którzy muszą być zobaczeni przez lekarza, który przychodzi prawie codziennie pod koniec poranka. Wszystko to wśród krzyków, tłoku i ogólnego podniecenia (zarówno pacjentów, jak i pielęgniarek). Marokańczycy są wesołymi ludźmi i często żartują, widząc komiczną stronę sytuacji, która jest raczej uciążliwa. Lepsze zrozumiałem, kiedy czytałem w Ewangeliach, że Jezus był śledzony i popychany przez tłum; tłum jest wymagający; spośród wszystkich tych ludzi, których widzę, znam wielu, którzy wracają każdego dnia. Kocham ich wszystkich głęboko, ale często irytowałem się, zwłaszcza na starsze panie, które, jak uparta wdowa, nie puszczały mnie, dopóki nie otrzymały jakiejś pigułki. Widzę wiele prawdziwych cierpień, których nie mogę odpowiednio ulżyć. Jest pokuszenie, by stracić nadzieję, a potem przyzwyczaić się. Nie wiedziałem, że dobroczynność wymaga tak wiele wysiłku i wytrwałości; wydaje się, że ci, którzy cierpią, przyciągają uwagę. Kiedy widzi się ich zbyt wiele, jest moment, w którym są wręcz odpychający, gdyby nie świadomość, że Chrystus poszedł aż na krzyż. 

 

Farlete 15 września 1961 r Moris składa śluby wieczyste i tak pisze w diairze z tego dnia: 

"Od pierwszych ślubów czasowych zawsze myślałem, że moje zaangażowanie jest ostateczne, że nie ma mowy o próbie. Powołanie Jezusa jest nieodwołalne: On zachowuje inicjatywę, ale oczekuje odpowiedzi, a wybór staje się wzajemny. W tym momencie Kościół staje się gwarantem osobistego i ostatecznego powołania.

Pan spojrzał na mnie, objawił się jako wierny i miłosierny w nadmiarze, i to na Jego wierności możemy oprzeć naszą własną wierność. Pod tym spojrzeniem Jezusa słabości, wątpliwości i skrupuły znikają; w tym momencie pojawia się łaska jasności i przejrzystości, która sprawia, że ten akt jest nowym darem całego naszego istnienia, a nie tylko prostą konsekwencją wcześniejszych działań.

Jeśli dzisiaj doświadczamy wielkiego pokoju pomimo udziału emocji i niepokoju, to nie jest to euforia, lecz pokój, owoc miłości, który Pan daje naszym duszom, tak jak obiecał. Czujemy się wybranymi i kochanymi przez Pana, który aż w szczegółach potrafi dawać znaki swojej miłości. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus kochała śnieg, a w dniu swoich ślubów zakonnych, kiedy padał śnieg, czego nikt się nie spodziewał, rozpoznała w tym delikatną uważność Tego, z którym się łączyła. Wierzę, że wielu z nas miało również swoje "płatki śniegu". "

 

P1040583

W sierpniu 1988 

Zacząłem ten diaire w pustelni Mambré, gdzie spędziłem dwa dni. Ta pustelnia znajduje się na skraju wielkiego lasu sosnowego, brzozowego i innych drzew. Już w lesie jest ogrodzenie, które musiało być kiedyś sadem. Tam, przy drodze, stoi mały, stary drewniany dom, w którym mieszka naprawdę biedna rodzina: starsi rodzice i ich jedyna córka, która jest ciężko upośledzona fizycznie i umysłowo. Po drugiej stronie ich ogrodzenia znajduje się nasza pustelnia. Jesteśmy więc u nich w domu i stali się dla nas bardzo bliscy. Piszę przy otwartym oknie, jest wiosna, dzikie lilie są w pełni kwitnienia, a w lesie śpiewają ptaki. Ta pustelnia jest dla nas prawdziwym darem Bożym, który otrzymaliśmy z rąk bardzo biednych ludzi, tych biednych, których Jezus tak bardzo kocha.

W zeszłą sobotę Jurek złożył wieczyste śluby w kościele naszej wsi. Było to wieczorem, wydaje się, że było tam około 300 osób, głównie sąsiedzi, koledzy z pracy, bliscy z wsi i okolicy, ale przyjechali także młodzi z różnych zakątków kraju. Była to bardzo gorliwa i piękna ceremonia, z piosenkami towarzyszącymi gitarom, trwała około dwie i pół godziny. My sami, z pomocą przyjaciół, zorganizowaliśmy ceremonię, pragnąc, aby była ona wyrazem tego, kim jesteśmy i jak chcemy żyć. Można powiedzieć, że nie była to ceremonia w stylu, jaki jest tu zwyczajny. Byliśmy zaskoczeni widząc tylu ludzi i, muszę powiedzieć, bardzo wzruszeni, rozpoznając wśród nich twarze dobrze znanych nam biednych, prostych ludzi. Ich twarze były poważne, skupione, radosne. My, bracia, nosiliśmy wszystko ten sam habit z białego płótna z kapturem. W zeszłym roku postanowiliśmy nosić ten habit w naszej kaplicy podczas mszy, i to w dość swobodny sposób. Ten strój jest trochę taki sam jak ten, który nosiliśmy prawie wszędzie kilka lat temu, ale był wtedy szary. Dla nas tutaj ma to sens i wydaje się bardziej odpowiednie. Wiele osób bliskich i przyjaciół jest bardzo zadowolonych z tego wyboru. Przyjaciel prawosławny, który był na ceremonii, powiedział nam, że choć rozumie i aprobuje, że nosimy codziennie strój jak każdy inny, jest oczywiste, że powinniśmy nosić strój, który wyraża nasze religijne poświęcenie podczas modlitwy. Chcieliśmy również obecności ikon: ikona Trójcy Świętej górowała nad wszystkim, ikony Jezusa i Matki Bożej były bardziej na przedzie, po obu stronach ołtarza. W tym środowisku tak silnie katolickim, które musiało tak bardzo walczyć o zachowanie wiary, a gdzie mniejszości prawosławne i unickie są tak słabo rozumiane – trzeba wiedzieć, jak ci, którzy mieli władzę, okrutnie cierpieli z powodu wiary lub ideologii – te ikony były także znakami i obecnością tego, kim jesteśmy i czym chcemy żyć. Jurek jest szczególnie wrażliwy na obecność tych mniejszości w kraju i chciał, oddając się Bogu, ofiarować swoje życie dla jedności chrześcijan. [...]

Gdy wracaliśmy do domu naszą piaszczystą drogą w nocy, noc była spokojna, niebo było czyste – jakby otwarte nad nami. W sobotę i niedzielę wiele osób przychodziło do nas, było trochę ludzi wszędzie, a nawet za domem stał rodzaj namiotu, aby schronić się przed słońcem. Ale wszystko poszło dobrze i bez wielkiego zmęczenia i kłopotów. To są naprawdę wielkie momenty w życiu, wszyscy byliśmy naprawdę bardzo szczęśliwi. W takich chwilach jest trochę jakby Bóg sprawiał, że czujemy, jak bardzo nas kocha, i jak bardzo – w gruncie rzeczy – kochamy się nawzajem. Czasem czuć to nie jest może konieczne, aby być szczęśliwym w swoim życiu jako mały brat, bo tam nie leży istota, ale chodzi o „uśmiechy nieba”, które dają nam odwagę i umacniają naszą nadzieję. „Dziękuję Ci, Boże!” jak mówi się tu spontanicznie. [...]

"Mija dziesięć lat od mojego pierwszego przyjazdu do tego kraju. Mogłem trochę uczestniczyć w zakładaniu tej wspólnoty, przeżywać jej początki i – nie zdając sobie z tego sprawy – mimo trudności lub może właśnie dzięki trudnościom przeżywanym wspólnie, coraz bardziej związałem się z moimi braćmi, z naszym otoczeniem i z tym ludem. Mamy wspólnie wiele doświadczeń i pomimo moich długich nieobecności pozostajemy bardzo zjednoczeni, a ja jestem na bieżąco z tym, co przeżywają bracia. Teraz czuję się tutaj zupełnie swobodnie, zupełnie jak w domu w tym środowisku. Ludzie zaakceptowali mnie, dla nich jestem Morisem i zdarza mi się zapominać, że jestem obcokrajowcem. Co do języka, teraz radzę sobie i jestem bardzo szczęśliwy, że mogę rozmawiać z ludźmi, a nawet z nami w braterskiej atmosferze – choć popełniam sporo błędów. Ten język jest trudny i myślę, że zawsze będę miał z nim trudności, ale to nie ma znaczenia, bracia mnie wspierają. Kocham tę braterską wspólnotę i braci, którzy w niej żyją, między nami istnieją prawdziwe i głębokie więzi braterskie, a z wielkich różnic w temperamentach wynika komplementarność, która jest źródłem witalności. Może mi będzie trudno samemu powiedzieć, dlaczego czuję się tak mocno związany z tą wspólnotą, podczas gdy nic nie zdawało się mnie przygotowywać do włączenia się w to społeczeństwo. Trzeba powiedzieć, że od 1958 roku, kiedy opuściłem Maroko, aby rozpocząć studia filozoficzne w Annemasse (30 lat temu), zawsze byłem związany z braterskimi wspólnotami "służby" (studia, wspólnota generalna, procure...). Jeśli to pozwala poznać wielu braci i być w kontakcie z braterskimi wspólnotami na całym świecie, co jest bardzo interesujące, to jednak brakuje w dużej mierze tego aspektu włączenia się w środowisko, dzielnicę, ludzi, oraz dzielenia się zwyczajnym życiem mężczyzn i kobiet, co jest tak ważne w naszym powołaniu. Tutaj odnajduję to wszystko. Odzyskuję to, co jest powołaniem Fraternite w całej jej prostocie i pięknie. Przyjmuję to jako dar Boży i ufam Mu co do przyszłości. 

 

Warszawa - Praga 5/1997 r.

Zakończywszy rekolekcje w naszej pustelni, położonej na skraju lasu, postanowiłem napisać diaire zaraz po Wojtku. Czuję się tu dobrze w tej małej drewnianej pustelni, która jest bardzo dobrze zaprojektowana, choć nieco martwimy się o nią, ponieważ dwukrotnie w ciągu sześciu miesięcy drzwi zostały sforsowane i zostaliśmy okradzeni. Na zewnątrz wieje zimny wiatr, który porywa płatki śniegu, przechodząc poziomo przed oknem. A jednak, według kalendarza, jesteśmy w pierwszym dniu wiosny, tej wiosny, której już się spodziewaliśmy w zeszłym tygodniu, tak bardzo słońce świeciło i roślinność dawała już pierwsze oznaki przebudzenia – co było dość wcześnie dla tych stron. Ptaki śpiewały, a nawet mewy wróciły i głośno wyrażały swoją radość nad małym jeziorem w naszym sąsiedztwie. Niestety, na prawdziwą wiosnę będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Te wahania między pięknymi, słonecznymi dniami, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze, a dniami ciemnymi, kiedy trzeba umieć czekać, są trochę podobne do życia braterskiego, jego radości i momentów, kiedy trzeba liczyć na nadzieję, wiedząc, że przed Bogiem nic nie jest ostatecznie stracone. Przez wiele lat myśleliśmy (lub ja myślałem) naiwnie, że nawet jeśli doświadczyliśmy różnych trudności, przynajmniej znaliśmy szczęśliwe i łatwe życie braterskie, co bardzo nam pomogło w trudnych latach początków. Jednak od jakiegoś czasu byliśmy dość wystawieni na próby, wstrząśnięci na różne sposoby. Z czasem charaktery się umacniają, tendencje stają się bardziej wyraźne, a równowaga życia braterskiego we wspólnocie może być szybko zakłócona. Mieliśmy dość specyficzne życie braterskie, ponieważ to „życie z Nazaretu” angażuje nas do bycia rodziną, w której wszystko jest wspólne, domy, bracia dla siebie nawzajem – a nie współbracia. I rzeczywiście, często we wspólnocie nasze największe radości i siła pochodzą z życia braterskiego. Często poprzez braci możemy doświadczać, czasem w sposób namacalny i widoczny, przebaczenie Boga, Jego miłosierne spojrzenie, Jego wierność. Ale to także poprzez braci, przez najbliższych, możemy doświadczyć bólu i ran – co wydaje się niestety normalne, kiedy jesteśmy bardzo blisko siebie i jednocześnie niedoskonali i krusi .Zawsze będą istniały charaktery, osobowości, które będą miały trudności z życiem razem, co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Uważam, że to, czego wszyscy doświadczają, także i my mogliśmy doświadczyć. Stwierdzając, że jesteśmy naprawdę różni, musimy odkryć się nawzajem jako komplementarni; co jest wyrzeczeniem, które może nas doprowadzić do wzbogacenia i staje się naturalnie świadectwem Fraternite i obecności Jezusa pośród nas. Jeśli cierpieliśmy, a to nigdy nie jest całkowicie skończone, wierzę, że pozostajemy otwarci dla siebie nawzajem. Otwarci na dialog, na poszukiwanie razem, nawet jeśli ta idea „dialogu” może być doświadczana przez ludzi bardzo różnie. 

 

Luty 2000 – diaire z Brzeskiej, Warszawa – Praga

Sądzę, że jesteśmy szczęśliwi z naszego życia we trzech, dwóch młodych i ja. W tym momencie, z powodu zimna, mieszkamy wszyscy trzej w tym samym pokoju. Wszyscy trzej bardzo lubimy naszą dzielnicę, naszych sąsiadów, z niektórymi jesteśmy bardziej związani, czas pozwolił nam na głębsze zakorzenienie się, poznanie innych ludzi i bycie lepiej znanymi. Jeśli chodzi o mnie, zdumiewa mnie to, jak dobrze czuję się w tym środowisku. Lubię chodzić na zakupy, spotykać się z sąsiadami, zatrzymać się na chwilę, by porozmawiać; żałuję, że ogranicza mnie czas i nie mogę częściej odwiedzać ich. Jakie tu są biedy! Szczególnie gdy jesteśmy sami, zdarza się, że jeden lub drugi opowiada o tym, co przeżył, o trudnościach swojej obecnej sytuacji. Duża część naszych sąsiadów nie pracuje, zwłaszcza ci, którzy są uzależnieni od alkoholu. Porusza mnie to, że często widzę w nich skromność i naturalną prawdę biednych ludzi. Oczywiście jest to bardzo zróżnicowane, zależy od tego, ile wódki już wypili lub od ich „stanu abstynencyjnego”. W każdym razie wymaga to od nas uwagi i delikatności w naszym sposobie bycia z nimi, patrzenia na nich, słuchania i rozmawiania. Jeden z nich, Roman, jeszcze młody, zmarł kilka miesięcy temu z powodu alkoholizmu; czasami mógł być agresywny. Byłem już blisko jego brata, a to jeszcze bardziej związało mnie z całą rodziną, która była bardzo poruszona tym, że byłem jedynym z ulicy, który poszedł na pogrzeb. Pogrzeb biednych ludzi, bez przejścia przez kościół – co tutaj jest naprawdę wyjątkiem: „To za drogo” odpowiedziała mi matka, która również pije! Oczywiście odprawiliśmy mszę za Romana i jego rodzinę.

 

Izabelin 2005

Od roku wróciłem do Izabelina, gdzie mieszkałem już 10 lat wcześniej. Te 10 lat w Warszawie było dla mnie niezwykle ważne. Dużo dałem z siebie i jeszcze więcej otrzymałem, od braci, od ludzi z sąsiedztwa; bardzo wiele więzi, które zawiązały się w Warszawie i trochę w całej Polsce. […]

Muszę przyznać, że początki bywały trudne. Jesteśmy na skraju wielkiego lasu, wszystko tutaj jest raczej spokojne i piękne. To była wielka zmiana, której pragnąłem, ale która nie była łatwa do przeżycia. To była readaptacja! Przyjaciele, którzy przyjeżdżali mnie odwiedzać w Izabelinie, mówili, że wydaję się smutny. Musiałem przyznać, że w głębi duszy to prawda i to zaangażowało mnie w całą wewnętrzną drogę – żeby mieć na siebie spojrzenie trochę bardziej jasne, które w rzeczywistości nie wiąże się z osądami, żalem, ale z zaproszeniem do oddania się miłosierdziu, już dla samego siebie, do odpuszczenia, nie przywiązywania się, w wielu dziedzinach, które były (i pozostają) ważne, ale inaczej. Zaproszenie też do odnowienia spojrzenia na innych, do pozwolenia na uspokojenie się tego, co mogło zranić. Będąc jednocześnie świadomym własnych błędów. W trudniejszych momentach mogłem o tym porozmawiać w zaufaniu z braćmi, z którymi mieszkałem i którzy mnie dobrze znają. To zawsze jest cenne!W rzeczywistości, jestem szczęśliwy z tego czasu, z tej wewnętrznej drogi. Z pewnością jest coraz więcej pokoju i większa otwartość. Szczególnie cenię sobie pobyty w pustelni, gdzie bardzo szybko odczuwam zaproszenie do pokoju i intymności z Jezusem. Przeżywam to zazwyczaj jako bardzo ważny czas, który mi jest dany. 8 grudnia minie 50 lat, odkąd złożyłem swoje pierwsze śluby w El Abiodh. Jestem pełen wdzięczności dla braci, którzy byli moimi przełożonymi w latach formacji, i dla tych, z którymi mieszkałem, i wielu innych, z którymi mam żywe więzi przyjaźni. Mam wrażenie, że tak wiele otrzymałem od Fraternite, którą kocham i która w rzeczywistości jest moją rodziną. Zazwyczaj rano zaczynam od czytania trochę Biblii; jako zakładkę mam listę braci według kolejności dat urodzenia. Tak więc, każdego dnia widzę rocznice i łączę się z każdym myślą i modlitwą. Oczywiście, patrzę też czasem na sytuację wspólnoty, na krzywą wieku i pojawiają się wtedy pytania o przyszłość. Dokąd zmierzamy? Kocham Fraternite, kocham to powołanie, które jest tak piękne, tę duchowość z Nazaretu, która jest tak potrzebna w Kościele i naszym świecie. Więc co z tego wyniknie? Tak jak powiedział Timothée Radcliffe w jednym ze swoich wykładów: „Kluczowym pytaniem nie jest przetrwanie wspólnoty, ale misji, dla której została założona. Czy ta misja się skończyła?” Można oczywiście zgodzić się na wygaśnięcie jako wspólnota, ale trudno mi zaakceptować, że ten charyzmat wygaśnie; a widzę, że charyzmat Fraternite, jej misja, nie zostały przejęte przez żadną inną wspólnotę. Dlatego, między innymi i przede wszystkim, zachowuję ufność co do przyszłości Fraternite. Pomimo jej obecnej sytuacji, i bez wątpienia z wieloma oczyszczeniami, Duch Święty będzie mógł nadal prowadzić ją zgodnie z jej charyzmatem.

Od mojego nawrócenia i przez te ponad 50 lat w Fraternite, odczuwam wielką wdzięczność wobec Boga za Jego wierność, Jego miłosierdzie, Jego przebaczenie, które są stałym źródłem życia i nadziei. Kiedy przyjechałem na początku do Polski, to z powodu szczególnych okoliczności i wcale nie w celu pozostania tam. W tym czasie przeżywałem też trudności osobiste, co musiało bardzo przypominać „kryzys wieku średniego”. Fraternite również przeżywała swoje napięcia, swoje wahania, w ideach, stylu życia, itp. Wtedy to z Markiem zaczęliśmy razem w Paryżu (przy rue Pierre-Leroux) i zacząłem jeździć dwa razy w roku do Polski na prośbę naszych braci. Myślę, że te dwa elementy bardzo mi pomogły odzyskać równowagę i głęboki sens mojego życia. Stopniowo zapuszczałem korzenie z braćmi w Polsce, to było wymagające i zaangażowałem się całym sercem... W 1990 roku poważnie zachorowałem. Trzy tygodnie w szpitalu w Paryżu. Odkryto wtedy, że mam chorobę Addisona – niedoczynność kory nadnerczy. Nie mogłem już żyć bez leków zastępczych i to spowodowało też arytmię serca. Wtedy to, na prośbę braci z Polski, i ja się z tym zgodziłem, zdecydowano, że zostanę w Polsce. Byłem już bardzo związany z braćmi, kochałem ludzi, kraj i radziłem sobie trochę po polsku. Musiałem czekać, aż brat przyjedzie mnie zastąpić przy rue Pierre Leroux, był nim oddany André Salvan. Zaangażowałem się na całego w Polsce, pragnąc bardzo, żeby Fraternite żyła w tym kraju. To był dla mnie nowy początek. Byłem bardzo szczęśliwy, że mogę być tak włączony w środowisko i w ten kraj, do tego stopnia, że sam byłem zdziwiony.

[...]

 Obecnie wiek zaczyna dawać o sobie znać, pamięć zawodzi, widzę i słyszę gorzej, proszę o powtarzanie, więc wolę osobiste rozmowy od rozmów w większym gronie i bez ładu i składu, tym bardziej po polsku! Ostatnio jeszcze goniłem za autobusami, ale teraz mam problem z kolanem, więc jestem ostrożniejszy. [...] Jako starszy (lub starszy wiekiem) brat, wiem, że muszę być dyskretny, otwarty i ufny i staram się to robić, ale co nie zawsze jest łatwe, mając nerwowy temperament, przez co bardzo szybko reaguję. Istnieje pewien paradoks, jednocześnie wszystko staje się trudniejsze z powodu ograniczeń narzuconych przez wiek i które są odczuwalne dla mnie, a może przede wszystkim dla tych, z którymi żyję; ale wszystko staje się też prostsze. Muszę poznać i zaakceptować tę sytuację, poddać się, regularnie powierzać się w ręce Boga. W bardzo prosty sposób, Jezus staje się coraz bardziej obecny, „Zostań z nami, bo już się zmierzcha!”. Zauważyłem już w zeszłym roku: „To czas, aby bardziej rozwijać Nadzieję, zaufanie do innych, miłość do swoich braci. Co będzie jutro? „Oddaję się Tobie, jestem gotów na wszystko, akceptuję wszystko” może się przedstawić w sposób bardziej realistyczny i konkretny”.Nie robię planów na przyszłość, żyję normalnie z dnia na dzień i jestem właściwie bardzo zajęty. Mam też wielką ochotę żyć pełnią życia. Ale wiem też, że biorąc pod uwagę wiek i moją sytuację, wszystko może się łatwo skomplikować i nie wykluczam, że pewnego dnia będę musiał zostać we Francji, aby tam dokończyć moją krzywą życia w domu starców na przykład, wśród innych starszych osób, które są w tej samej sytuacji, co dla małego brata również ma sens. Ale zostawiam to Opatrzności, Bogu i moim braciom: „Kiedy się zestarzejesz”. 


 

  1. Od Roberta

  2. Bracie Morisie, Morisie,

    Znamy się od dawna – od chwili, gdy zobaczyłem Cię na poddaszu domu na Sorach, pochylonego nad pracą. Zapytałem wtedy, czy mogę Ci pomóc. Nie rozumiałeś jeszcze tej szeleszczącej polskiej mowy, ale z czasem było już tylko lepiej.

    Dziękuję Ci za czas, który zawsze dla mnie miałeś. Najpierw wtedy, gdy byłem jeszcze nastolatkiem – a przecież każdy wie, jak bardzo młodzi potrzebują obecności dorosłych – a później, gdy spotkaliśmy się w Paryżu przy rue Pierre Leroux, i za każdym razem, gdy przyjeżdżałem rowerem na Sory… i także ostatnio.

    Dziękuję za rozmowy, za rady, za to, że uczyłeś mnie, by w poszukiwaniu odpowiedzi zwracać się do Ducha Świętego.

    Dziękuję za obraz Boga i Jezusa, jaki mi przekazywałeś – dyskretny, delikatny i czuły. Za Twoje świadectwo.

    Dziękuję za Twoją obecność, gdy razem z Eweliną składaliśmy przysięgę małżeńską, którą potwierdziłeś.

    Dziękuję za Twoje ikony.

    Mógłbym jeszcze długo wyliczać…

    O wszystkim porozmawiamy razem – już niedługo – w pełnym radości niebie.


     

Od msJ Ani Agnieszki

Podzielić wszystko…

Litmanowa, 10 lipca 2025 r.

To dla mnie wielka radość i zaszczyt, że mogę napisać wspomnienie o Małym Bracie Jezusa, Morisie.

Poznałam go podczas mojego nowicjatu w Częstochowie, w drugiej połowie lat 90. Podszedł do mnie w kuchni (chyba wtedy odwiedził nas razem z małymi braćmi) i zapytał, czy znam Dorotę Szczerbę – powiedziała mu, że ma u małych sióstr przyjaciółkę. I tak się poznaliśmy. Dorota i jej mąż Marek później często pojawiali się w naszych rozmowach; Moris im towarzyszył, więc mogłam zawsze zapytać, co u nich słychać.

Później spotykaliśmy się podczas rekolekcji. Poprowadził je dla nas w naszej fraterni adoracyjnej w Pewli Małej – ich tematem była Matka Boża, którą bardzo kochał. Pamiętam też nasze spotkanie z rodziną karolową w Księżówce, na sesji o Bracie Karolu, prowadzonej przez małego brata Antoine’a. Widywaliśmy się również sporadycznie u braci w Izabelinie, na Brzeskiej, czy podczas jego odwiedzin we fraterniach małych sióstr.

Moris był dla mnie starszym bratem. Znał początki Zgromadzenia, pamiętał czasy, gdy małe siostry i mali bracia formowali się i często przebywali razem. Opowiadał nam o tym i przekazywał tę pamięć dalej.

Przez wiele lat – zarówno wtedy, gdy był jeszcze w pełni sił, jak i później, gdy już słabł – był dla mnie jakby zwornikiem relacji między nami, małymi siostrami, a małymi braćmi. Miał dar tworzenia wspólnoty: pomagał nam otwierać się na siebie nawzajem, nabierać dystansu do własnych słabości, lepiej się rozumieć. Tworzył atmosferę zaufania i wzajemnego przyjęcia.

Najbardziej kojarzy mi się z nim zdanie, które często powtarzał: „podzielić wszystko…”. Był zafascynowany wspólnotą – wierzył w jej wartość i w to, że życie braterskie jest możliwe. Jedno z moich ostatnich spotkań z nim miało miejsce w naszej fraterni w Warszawie, na Targowej – poświęcił mi wtedy bardzo dużo czasu. Gdy się żegnaliśmy, zarzucił na ramię swój mały plecak i powiedział: „Idę, muszę jeszcze kupić wino dla braci – to do mnie należy”. Był dumny, że wciąż może coś zrobić dla wspólnoty.

Moris był człowiekiem adoracji. Kochał Jezusa i wierzył w Jego realną obecność w Najświętszym Sakramencie. Potrafił godzinami trwać i wpatrywać się w Niego. Kiedyś przyjechał do Częstochowy ze swoim współbratem z nowicjatu, Pierrem, który przyleciał z Azji (z Wietnamu) na kilka dni do Polski, po kilkudziesięciu latach nieobecności w Europie. Radość spotkania była wielka, a czas krótki. Jakież było moje zdziwienie, gdy zastałam ich razem na Jasnej Górze, na wspólnej modlitwie przed Panem, w kaplicy adoracji… (Gdybym była na ich miejscu, pewnie przeznaczyłabym ten czas na rozmowę!).

Był rzeczywiście małym bratem Jezusa. Jezus był dla niego kimś konkretnym, bliskim, z kim żył w najgłębszej zażyłości. Gdy ktoś go o coś pytał, odpowiadał: „Powiedz to Jezusowi, powierz Mu to…”. Wszystko stawało się wtedy proste.

Dla wielu, których znam, był także małym bratem. Często słyszałam, że ludzie czuli się przez niego obdarzeni przyjaźnią tak, jakby byli jedyni – choć przecież miał tak wielu przyjaciół…

Był pogodny. Potrafił patrzeć na świat i życie z przymrużeniem oka, choć traktował je bardzo poważnie. Umiał żartować, także z siebie, co rozbrajało i skracało dystans.

Miał świadomość, że wszystko – całą swoją drogę zbawienia – zawdzięcza Jezusowi. Gdy myślę o jego życiu, przychodzą mi na myśl słowa św. Pawła:
„Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus… Życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie za mnie wydał” (Ga 2,20).

Osobiście jestem mu bardzo wdzięczna: za to, że przyjechał do Polski, że zechciał nauczyć się naszego trudnego języka, że stał się jednym z nas. Dzięki niemu mogłam dotknąć piękna naszego charyzmatu; przybliżył mi osobę Jezusa w Jego ukrytym życiu w Nazarecie.

Ufam, że cieszy się już w niebie spotkaniem z tymi, których kochał.


 

Od Michała Płoskiego

Pierwszą informację o Morisie otrzymaliśmy od małych sióstr Jezusa, które poznaliśmy w połowie lat osiemdziesiątych w Kostomłotach nad Bugiem (były to Ania Jung i Ewa Hałatek). U nich także poznaliśmy Jurka Klukowskiego, który zaprosił nas do Izabelina. Byliśmy pod wrażeniem sposobu życia małych sióstr i małych braci. Szybko zaprzyjażniliśmy się z nimi, a kontakt z Morisem pomógł nam odnależć swoje miejsce w Kościele. Moris był nam bardzo bliski. Co jakiś czas spotykaliśmy się z nim w Izabelinie, póżniej na warszawskiej Pradze. Kilkakrotnie Moris odwiedzał nas w Kielcach lub w naszej leśnej chatce w Skoszynie. W czasie tych kontaktów były długie rozmowy, spowiedzi, wspólna msza św. i modlitwa przed Najświętszym Sakramentem. Moris, można powiedzieć, był naszym kierownikiem duchowym, choć on nie zaakceptowałby takiego określenia, uważając się po prostu za naszego przyjaciela. Była w nim prostota, delikatność, uważność, miłość. Pamiętał mimo upływu czasu o sprawach, które poruszaliśmy w naszych rozmowach. Nigdy nie mówił nam jak mamy postępować, co najwyżej, gdy pytaliśmy go o rozwiązanie jakiś wątpliwości, mówił jak do tego podchodzą mali bracia. Przywiązywał dużą wagę do prostej adoracji Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie, do stałego obcowania z Pismem Świętym, a także do okresowego odosobniena - pustelni. (Nasza leśna chatka powstała z jego inspiracji). Kontakt z nim stwarzał atmosferę wolności. Zaproponował, w którejś z kolejnych rozmów, abyśmy złożyli śluby w formie, którą sami określimy. Napisaliśmy krótki tekst, w którym deklarujemy pragnienie życia zgodnie z radami ewangelicznymi. Złożyliśmy te śluby dwukrotnie, w odstępie kilku lat. Jedynymi świadkami byli mali bracia i zachowujemy dyskrecję w tej sprawie.

Któregoś razu, gdy Moris był w Kielcach, powiedzieliśmy mu o naszej znajomej, poważnie chorej psychicznie. Towarzyszył Joli, gdy odwiedzała ją w szpitalu. Uderzające było ciepło, miłość z jaką odniósł się do tej osoby. Było wiele takich drobnych zdarzeń. Kiedyś na przykład przechodziliśmy obok biednej kobiety, która oferowała na sprzedaż kwiatki. Moris spytał mnie czy mógłbym kupić bukiecik dla Joli. Był uważny i wrażliwy na piękno. Zauważał szczególnie biednych, na różne sposoby poranionych ludzi. Bliscy mu byli współbracia ze zgromadzenia. Pamiętał także o tych, którzy odeszli. Był zapraszany przez różne wspólnoty, duszpasterstwa, seminaria duchowne. Nie przygotowywał sobie wykładów, prosił tylko, żeby mógł mieć dla siebie przed spotkaniem dłuższą chwilę w ciszy. Starał się być w kontakcie z obecnymi. Pamiętam, że gdy sala była wyciemniona, poprosił o włączenie światła, aby mógł widzieć twarze ludzi. Mówił zawsze bardzo prosto.
Zdarzało się, że w jego obecności dyskutowaliśmy o Kościele w Polsce wymieniając krytyczne uwagi. Nie pamiętam, aby Moris wypowiadał się krytycznie nawet o zjawiskach w oczywisty sposób negatywnych. Czasem tylko wobec niektórych faktów wzruszał ramionami, wyrażał zdziwienie. Był związany z Kościołem francuskim i dostrzegał nadmierną skłonność do krytykowania tegoż Kościoła w Polsce. Czasem opowiadał zabawne historie, właśnie zabawne, bo nie czuł się urażony, gdy na przykład został wyproszony w kurii z poczekalni dla księży i musiał czekać na schodach. Był już wtedy w podeszłym wieku i nie był oczywiście w habicie, no i trochę się zdziwił, że nie pozwolono mu usiąść na krześle (czekał na biskupa, z którym był zaprzyjażniony). Innym razem opowiadał o zabawnych sytuacjach związanych z uroczstym nadaniem mu obywatelstwa polskiego. W tej sprawie złożył zwykły wniosek. Nie przyjmował żadnych odznaczeń ani wyróżnień (odmówił przyjęcia medalu św.Brata Alberta, trudną dla niego sprawą było wyróżnienie przez Tygodnik Powszechny jego książki).
Opowiadał mi o sąsiadach z kamienicy na Pradze, z którymi autentycznie był związany. Wśród nich byli ludzie, których raczej wolimy omijać z daleka, a którzy byli mu bliscy. Pamiętam jak opowiadał o pogrzebie jednego z nich, bez żadnej ceremonii, bez księdza. Moris, który zachowywał dyskrecję, co do swego kapłaństwa, ujawnił, że jest księdzem i poprowadził modlitwę nad grobem.
Był bardzo związany z Jacqusem Maritainem. W jego małym pokoiku przy biurku były fotografie Jacquesa i Raissy. Opowiadał nam o tym niezwykłym małżeństwie. Któregoś dnia wyjął kosmyk siwych włosów Jacquesa, który zachował sobie na pamiątkę.
Doznaliśmy od Morisa wiele serdeczności, ciepła. Dwa ostatnie spotkania z nim: Jedno w naszej chatce. Odprawiał mszę św.. Wojtek przewracał kartki mszału, bo Moris już wówczas gubił się trochę, były to już objawy jego choroby. Potem schodziliśmy do drogi przez las. Opierał się na moim ramieniu - powiedział, że jestem jego bratem; drugie spotkanie w Izabelinie. Był ciągle sprawny fizycznie ale odebrana została mu pamięć. Nie poznał mnie. Odchodził powoli nic nie pamiętający ze swego życia, które bez reszty poświęcił Ewangelii i swemu bratu Jezusowi.
Mamy wszystkie jego książki z bardzo serdecznymi dedykacjami autora.
Michał (w imieniu swoim i Joli)
1.07.2025


Od msJ Marioli 

Świadectow o Morisie

Morisa spotkałam pierwszy raz na naszych wspólnych rekolekcjach małych braci i sióstr w Ratułowie na Podhalu w 1984 roku. Pamiętam miłość i pieczołowitość z jaką instalował wielką Hostię, przez nas później godzinami adorowaną na zwykłym płaskim talerzu i kolejne konferencje o ośmiu błogosławieństwach - portrecie własnym Jezusa. Wryły mi się w pamięć też kolejne wspólne
rekolekcje w Olsztynie koło Częstochowy, zwłaszcza dzień pustyni i zachęta Morisa, by przeżyć go pod tchnieniem Ducha Bożego. W 2004 roku mieliśmy ostatni raz taki wspólny czas z braćmi w Pewli Małej. Zapamiętałam Morisa adorującego w nocy Eucharystię. Przychodziłam po Nim i widziałam Jego twarz całkowicie zatopioną w Innej Obecności. To było po prostu piękne. To też gdy dzielił się jak przeżywa tę Obecność. Z czasu, gdy mieszkałam w Zielonce zostały mi liczne odwiedziny braci na Sorach, braterstwo i głębia rozmów, ...serdeczność i zainteresowanie z jakimi Moris witał przybywających, delikatność z jaką zmieniał opatrunek na nodze Wojtka, gdy ten uległ wypadkowi w hucie... , niezapomniany marsz późnym wieczorem przez Kampinos i rozmowa o pustelni... Gdy byłam w Danii odwiedziłam Morisa już na Brzeskiej. Pokazywał rzeczy, które sam wykonał by nadać klimat fraterni. Znalazłam wtedy umocnienie i zrozumienie w mojej drodze.
W 2007 roku uczestniczyłam w marszu z Br. Karolem. Zdziwiłam się ale nie było to w sumie zaskoczenie że większość młodych trafiło tam, bo poznało Morisa i przyciągnęła ich jego wielka życzliwość. To był prawdziwie kochający Brat.


 

Od Mirka

Znałem Morisa przez ponad 20 lat i połowę z tego czasu mogliśmy razem żyć we wspólnocie pod jednym dachem, za co jestem bardzo wdzięczny. Tak jak liczni bracia, wiele od niego otrzymałem. On sam często powtarzał, że we Fraternité znalazł skarb, który próbował przekazać dalej. Z pewnością tą drogocenną perłą była dla niego zażyłość z Jezusem, więc starał się – zgodnie z intuicją św. Tomasza i wielu innych po nim – coraz bardziej Go „poznawać i kochać”.

Bardzo ważne na jego drodze duchowej były różne osoby, które często po latach wspominał i które niejako stały się także naszymi przyjaciółmi. Na pewno byli to pierwsi bracia, ale w sposób szczególny Jacques i Raïssa Maritain, których dziedzictwo duchowe i intelektualne stało się także naszym bogactwem. Ale było jeszcze coś więcej – rodzaj zachwytu tymi ludźmi, któremu towarzyszyła prosta przyjaźń z nimi, tak jakby w obcowaniu świętych, wciąż żywych, obecnych nie tylko we wspomnieniach, pismach i fotografiach, które zawsze stały na biurku Morisa.
Był on z pewnością bardzo naznaczony przez nowicjat na pustyni, który przez wiele lat był prowadzony przez Milada, jednego z pierwszych braci. On sam na pewno powiedziałby, że to Duch Święty prowadzi przez pustynię tych, którzy poddadzą się Jego tchnieniu. Bardzo często wracał do tego wyjątkowego czasu formacji, do prowadzenia Ducha Świętego jako najważniejszego i prawdziwego formatora. To doświadczenie pustyni odcisnęło w nim głęboki ślad – tęsknotę, by systematycznie szukać głosu Boga w ciszy. W jego późniejszym życiu był bardzo wierny regularnemu, comiesięcznemu pobytowi w pustelni i codziennej adoracji, gdzie biło serce i źródło naszego życia eucharystycznego i kontemplacyjnego.
W tym krótkim wspomnieniu o Morisie nie sposób powiedzieć o wszystkim, ale chyba szczególnie chciałbym dotknąć kwestii, która była dla niego niezwykle ważna, a która nie zawsze jest zauważana przez innych. Chodzi mianowicie o życie braterskie i bycie bratem. Moris lubił powtarzać, że to, co w naszym powołaniu jest jednocześnie najpiękniejsze i najtrudniejsze, to właśnie życie braterskie. Jako że sam w rodzinie nie miał rodzeństwa, w naturalny sposób lgnął do życia wspólnotowego.W momentach jakichś konfliktów czy trudności we wspólnocie starał się pierwszy wyciągać rękę i szukać porozumienia, by rozwiązać konflikt i odnaleźć drogę do pojednania. A wówczas – jak lubił mawiać – „niebo się otwierało”.
W naszym życiu zakonnym bardzo często zdarza się, że gdy spotykamy jakiegoś katolika, pada pytanie o to, czy jesteśmy ojcami, czy „tylko braćmi”. I w samym tym pytaniu już widać sugestię, jakoby brat był jakąś niższą kategorią zakonnika. Rzeczywiście często w Kościele tak patrzono na braci – jako na tych, którzy nie są w stanie, ze względu na braki intelektualne, przyjąć święceń kapłańskich. Chociaż sam Moris je otrzymał, to jednak zawsze z wielkim przekonaniem na tak zadawane pytania odpowiadał, że jest bratem. Nigdy nie akceptował, by nazywano go „ojcem”, chociaż nieraz musiał pod tym względem iść mocno pod prąd utartym schematom klerykalnym. Miał w sobie to głębokie ewangeliczne przekonanie, że wszyscy jesteśmy braćmi i mamy jednego Ojca w niebie, a otrzymany sakrament święceń jest służbą dla wspólnoty w Kościele i nie powinien tworzyć jakichkolwiek różnic, a wręcz przeciwnie – ma być środkiem do budowania wspólnoty i pogłębiania relacji. Myślę, że Moris rzeczywiście tak to przeżywał i bardzo jestem mu wdzięczny za nasze codzienne Eucharystie i sposób, w jaki je wspólnie celebrowaliśmy.
To morisowe bycie bratem wyrażało się także w otwartości na każdego człowieka. Miał bardzo wiele najróżniejszych relacji z naprawdę przeróżnych kręgów i potrafił rozmawiać z ludźmi o zupełnie odmiennych poglądach, przyjmować ich i traktować po bratersku. Mogli to być zarówno ludzie bardzo wykształceni czy z wyższych sfer, jak i ci zupełnie najprostsi, zmarginalizowani, których większość ludzi woli omijać szerokim łukiem. Do tych pierwszych należeli choćby Maria i Stefan Świeżawscy, z którymi Moris był związany głęboką i prawdziwą przyjaźnią, wynikającą z ich wspólnej, długoletniej zażyłości z małżeństwem Maritainów i kręgiem intelektualistów oraz artystów, którzy ich otaczali. Warto wspomnieć, że Stefan Świeżawski i Jacques Maritain byli dwoma z trzech świeckich audytorów na II Soborze Watykańskim, co w owych czasach było niezwykłym wyróżnieniem. Zdarzało się, że do wspólnoty przyjeżdżali ludzie z bardzo różnych zakątków – nie tylko Polski, ale także świata – by spotkać się i porozmawiać z Morisem. On sam jednak zawsze chciał, by w takich sytuacjach włączać także innych braci i przez to niejako my wszyscy trochę czerpaliśmy z tych morisowych przyjaźni. Z drugiej jednak strony bardzo mu zależało, żeby dbać o relacje z naszymi najprostszymi sąsiadami czy mieszkańcami Brzeskiej, i był im bardzo wierny. Starał się ich systematycznie odwiedzać, a to, co mnie szczególnie uderzało, to fakt, że patrzył na nich rzeczywiście jak na braci i siostry, którymi byli.
Chociaż – jak każdy – Moris miał swoje wady i niekiedy zdarzało mu się okazywać zniecierpliwienie czy wyrażać jakieś uszczypliwości albo specyficzne żarty, to jednak nie pamiętam, żeby mówił o naszych najuboższych sąsiadach czy znajomych z jakąkolwiek wyniosłością czy dystansem. Zawsze, gdy przechodził ulicą, zatrzymywał się na chwilę, by wymienić z każdym „z bramkarzy” uścisk ręki i kilka pozdrowień. Czasem nawet przysiadał trochę na murku, by po prostu pobyć bezinteresownie z różnymi ludźmi (zwłaszcza myślę o pewnym sąsiedzie, Witku, który zawsze siedział przy ulicy, patrząc na przechodzących ludzi – niekiedy milczący i ponury, zdawałoby się, że nawet groźny, a niekiedy potrafił podzielić się czymś bardzo osobistym, głębokim i przenikliwym). Ja sam również później niekiedy lubiłem przysiąść z Witkiem, czasami bez specjalnych uprzejmości i niepotrzebnych słów, by tak po prostu przede wszystkim pobyć trochę razem. Wówczas zdarzało mi się dostrzec, jak można mieć inną perspektywę na wszystko wokół: na pędzący świat i jego pogmatwane problemy, a także na przechodzących ludzi, którzy nawet nie zaszczycą cię swym spojrzeniem. Myślę więc, że warto niekiedy zwyczajnie usiąść na chwilę z boku, zatrzymać się i spróbować spojrzeć na wszystko inaczej. Moris pomógł mi to odkryć, a także dostrzec, że w drugiej osobie, zupełnie odmiennej i z pozoru społecznie niedopasowanej, może kryć się wielkie bogactwo całkiem nieznanych światów.
Chyba nie zapomnę nigdy pewnej lekcji, jakiej mi udzielił na początku mojego pobytu u braci, gdy zamieszkałem na ulicy Brzeskiej w Warszawie – w środowisku, które wówczas było mi zupełnie nieznane, a wręcz obce. Pewnego dnia, gdy dzieliłem się z Morisem swoimi spostrzeżeniami na temat naszych sąsiadów, on – z typową dla siebie wnikliwością i spostrzegawczością – musiał dostrzec w tym, co mówiłem, jakiś rodzaj wyższości czy osądu wobec nich. Spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał: „Czy ty myślisz, że jesteś lepszy od nich?”. Po krótkiej, ale ciążącej nade mną jak miecz Damoklesa pauzie powtórzył pytanie z tym samym, wibrującym spojrzeniem. Właściwie nie musiałem nic odpowiadać – samo pytanie i jego forma już w sobie zawierały odpowiedź. Myślę, że to mnie bardzo wiele nauczyło i później lepiej zrozumiałem, czym jest braterstwo. Każdy jest wrażliwy na to, w jaki sposób się na niego patrzy i jak się do niego zwraca. Moris umiał robić to z miłością i uważnością, sam odczuwając na sobie to miłosne spojrzenie Jezusa i starając się tak patrzeć na innych – a oni z pewnością to dostrzegali.
Inną rzeczą, za którą jestem Morisowi wdzięczny, była jego troska o piękno i harmonię w naszym mieszkaniu. Myślę tu zwłaszcza o wystroju i porządku kuchni z wydzieloną częścią jadalną, która była bardzo ważnym miejscem spotkań i przyjmowania gości, a także o kaplicy – miejscu modlitwy i sercu naszych wspólnot. Często, idąc na codzienny spacer, znajdował i przynosił różne kwiaty czy gałęzie, które układał w większe i mniejsze bukiety przed ikonami i Najświętszym Sakramentem w kaplicy, a także starał się ozdabiać nimi kuchnię. Tak bardzo oswoiłem się z tą jego potrzebą i troską o piękno i harmonię, że stała się ona dla mnie czymś normalnym, spontanicznym odruchem serca. Dopiero po wyjeździe z Polski bardziej zdałem sobie sprawę, że wcale nie jest to nic oczywistego w naszych wspólnotach, i wtedy tym bardziej doceniłem tę wrażliwość i dar Morisa, który w naturalny sposób nam przekazał.
Na koniec chcę jeszcze przywołać jedno z moich ostatnich wspomnień związanych z Morisem, które pokazuje, jak pomimo upływu lat i różnych doświadczeń nosił w sobie spontaniczność i dziecięcą pogodę ducha. Wydarzyło się to niedługo przed jego śmiercią, gdy miał już dość zaawansowaną chorobę Alzheimera. W czasie wizyty Sang Shima, koreańskiego brata ze Wspólnoty Generalnej, pojechaliśmy do Żelazowej Woli, by zobaczyć miejsce narodzin Fryderyka Chopina i odwiedzić nowoczesne muzeum jemu poświęcone.
Był piękny, majowy, słoneczny dzień i wiosna oszałamiała nas swoją krasą oraz wybujałą, wielobarwną roślinnością, która cudownie współgrała z dziełami sztuki i zabudowaniami parkowymi. Gdy tak swobodnie przechadzaliśmy się po alejkach, co chwilę włączała się automatycznie muzyka Chopina, rozbrzmiewająca z głośników rozmieszczonych w różnych częściach parku. Za każdym razem, gdy Moris ją usłyszał, żywo reagował – raz po raz, na nowo zaskoczony – i spontanicznie, jak małe dziecko, zaczynał tańczyć, obracając się i kręcąc wkoło, swobodnie jakby w walcu wiedeńskim. A my wraz z Sang Shimem, poddając się tej jego spontanicznej radości, każdy na swój sposób poszliśmy jego śladem, tworząc dosyć wyjątkowe – nieco niezgrabne, ale bardzo radosne – taneczne trio. Moris od swojej młodości bardzo lubił tańczyć. I właśnie ta scena – Morisa tańczącego w tym wiosennym, skąpanym w słońcu parku, tak barwnym, przepięknym i dźwięcznym – w naszej wspólnej, spontanicznej radości często rozbrzmiewa w mojej pamięci, wywołuje lekki uśmiech na twarzy i daje nadzieję na nasze spotkanie w innym, pięknym, choć nieuchwytnym zmysłowo świecie. Już wkrótce.

Czytany 153 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 04 maj 2026 12:56
Więcej w tej kategorii: « Formacja

Skomentuj